Inflacyjna karuzela trwa. Co rosnąca dynamika cen oznacza dla handlu?

Inflacyjna karuzela trwa. Co&nbsprosnąca dynamika cen oznacza dla handlu?

Dla niektórych temat inflacji staje się już nudny. Jednak od jej przebiegu i sposobów zwalczania zależy byt nawet tysięcy małych firm handlowych, jak również niektórych sieci.

Już od kilku miesięcy, właściwie zasadniczym tematem wszelkich rozmów, dywagacji, dyskusji czy rozważań pozostaje problem inflacji, która coraz silniej odciska swoje piętno na sytuacji gospodarczej. Wszystko jednak wskazuje na to, że dylemat ten jeszcze przez wiele miesięcy będzie przedmiotem rozważań, gdyż nie ma żadnych przesłanek, że zaistniały proces zostanie zahamowany w jakimś przewidywalnym terminie. A będzie on miał także bolesny wpływ na rynek handlu detalicznego produktami spożywczymi.

Bywało gorzej...

Z jaką bowiem sytuacją mamy obecnie do czynienia? W czerwcowym odczycie poziom inflacji przekroczył granicę 15% w skali roku i należy przewidywać, że w lipcu może być znowu znacząco wyższy. Nie jest też wykluczone, że w ciągu kilku miesięcy poziom ten wzrośnie do nawet 20%. Co to oznacza dla szeroko rozumianego handlu produktami spożywczymi? Zarówno detalicznego, jak i hurtowego?

Wzrost cen sam w sobie nie jest niczym szczególnym, nawet jeśli jest on bardzo wysoki porównując miesiąc do miesiąca. A nawet w sytuacji, gdy dotyczy w dużej mierze produktów żywnościowych będących przedmiotem obrotu hurtowego i detalicznego. Pod jednym jednakże warunkiem – że podejmowane są wiarygodne działania zmierzające do powstrzymania tego procesu. Przypomnijmy, że ponad 30 lat temu mieliśmy w Polsce inflację rzędu 300%, ale nie w skali roku, tylko miesiąca. Czyli ponad 3 tysiące procent rocznie. Jednocześnie płace szły w miliony, zaś ilość zer na banknotach rosła w tempie geometrycznym. Mimo tego, w ciągu kilkunastu miesięcy udało się ów dramatyczny trend wyhamować. Chociaż bardzo bolało...

Obecnie sytuacja jest nieco podobna, chociaż w o wiele mniejszej skali. Jak wspomniałem – z punktu widzenia handlu – nie ma z tym poważniejszego problemu biznesowego. Tak hurtownicy, jak i detaliści po prostu kupują towar drożej i drożej sprzedają zachowując swoją marżę. Dopóki jest klient – to wszystko jest ok. Może nieco trudniej w sklepach przewidzieć strukturę przyszłej sprzedaży, może stanowi to organizacyjny kłopot, może wymaga więcej operatywności od właścicieli sklepów niż w sytuacji bardziej stabilnej. Poważny problem może się natomiast pojawić wtedy, gdy na coraz droższy produkt zabraknie klienta... A z tą sytuacją możemy mieć wszyscy wkrótce do czynienia...

Zadziałać bezzwłocznie

Aby utrzymać stabilny i w miarę zrównoważony wzrost gospodarczy (taki, z jakim mieliśmy do czynienia w ostatnich latach) konieczna jest m.in. stabilna sytuacja finansowa w gospodarce, a więc i położenie polskich rodzin. Inflacja jest tego zaprzeczeniem, tym bardziej, gdy jest podgrzewana przez pompowanie przez rząd pieniędzy do obywateli. Wówczas oczywiście konsumenci sobie radzą, czynią normalne zakupy i handel nie odczuwa inflacyjnych trudności. Jednak taka sytuacja ma swoje ograniczenia, gdyż nawet rządowi może nie starczyć pieniędzy. Nawet tych dodrukowanych.

Stąd konieczność zduszenia inflacji jak najszybciej, aby sytuacja się ustabilizowała. Do tego jednak potrzebne są dwa elementy: po pierwsze podnoszenie stóp procentowych banku centralnego (co NBP czyni, chociaż rozpoczął zbyt późno), po drugie zaś zmniejszenie ilości pieniądza na rynku, czyli de facto ograniczenie dochodów ludności. I dopiero połączenie tych dwóch elementów pozwoli szybko ustabilizować sytuację finansową rynku, także rynku spożywczego.

O ile bank centralny obecnie robi swoje, to rząd dosypuje pieniędze do gospodarki, czyli także konsumentów, w efekcie czego inflacja nadal rośnie. Oczywiście dzięki takiemu postępowaniu rządu, konsumenci mniej odczuwają na bieżąco konsekwencje wzrostu cen, jednak w ostatecznym rozrachunku będą one poważniejsze, niż gdyby władze przyjęły inną strategię.

Efektem tej polityki jest to, iż w swojej podstawowej działalności handel spożywczy funkcjonuje nadal w miarę nieźle. Jeśli nie liczyć rosnących kosztów kredytu, cen paliwa i energii, coraz wyższych kosztów zatrudnienia, a także bałaganu po Polskim Ładzie. Co i tak handlowcy muszą sobie rekompensować dalszym wzrostem cen. I tak w koło Macieju...

Najgorszy scenariusz: stagflacja

Już teraz wiadomo, że koniec tego roku i początek przyszłego oznaczać będzie wyraźne spowolnienie gospodarcze, a może i niewielką recesję. Jeżeli polityka rzucania pieniądza na rynek zostanie utrzymana to możemy mieć do czynienia z szalenie dotkliwą sytuacją gospodarczą, z której wyjść będzie już bardzo trudno – czyli stagflacją. Oznacza to dalszy wzrost cen przy nikłym bądź wręcz ujemnym wzrośnie gospodarczym.

Inflacja przy braku rozwoju może stać się długotrwałym elementem polskiego pejzażu gospodarczego. To zaś dla mniejszych i słabszych firm, w tym firm handlowych, może oznaczać trudną – często zakończoną porażką – walką o przetrwanie.

Niektórzy, być może skrajni liberałowie, powiedzą, że mamy do czynienia z naturalną eliminacją słabszych i mniej efektywnych przedsiębiorstw, dzięki czemu rynek wyjdzie z tego zdrowszy i mocniejszy. Nie byłbym takim optymistą. To przecież nie tylko utrata – bywa, że i dorobku życia – ale i tysięcy miejsc pracy oraz osłabienie konkurencji rynkowej zapewniającej prawidłowy rozwój gospodarczy.


Foto: wiadomoscispozywcze.pl